W dzisiejszych czasach bardzo często można uzyskać opinię, że umiejętność programowania... 1) jest łatwa do nabycia, a bycie programistą to... 2) po prostu łatwy kawałek chleba.
Nie zgodzę się z żadną z tych opinii. Niemniej jednak programuje już od wielu lat i jestem żywym przykładem, że każdy może zostać programistą. Jeśli ja mogę, to każdy może! Proste.
Ostatnio nadarzyła się okazja, by podjąć się nauczenia kogoś programowania w 2 miesiące i to nie byle kogo, ale moja własną, prywatną, dziewczynę, która o programowaniu, wie tyle, że istnieje. Trudno było nie skorzystać z okazji, jeśli zarówno Ona, jak i klient (który potrzebuje jeszcze dwóch programistów), mogą mieć z tego wymierne korzyści, a ja sprawdzę się w roli nauczyciela.
Podstawowe warunki zostały spełnione:
- klient wraz z szefem uwierzyli w ten "projekt",
- klient z chęcią zaoferował przyjęcie narybku jeśli eksperyment z przyuczeniem się powiedzie,
- Ona, ambitna dziewczyna, chciała podjąć rękawice i w końcu nauczyć się programować,
- ja, który z chęcią podjąłem się naprawdę konkretnego wyzwania
Niezwykle krótki czas w jakim mieliśmy przekazać sobie wiedzę, niejako z automatu, wskazywał na metodę Bootcamp (czyli tzw. 'obóz dla rekrutów'). Oczywiście raczej w formie obozu dochodzeniowego (nie na pełen etat, lecz intensywnie) z racji tego, że oboje pracujemy i prowadzimy dość aktywny tryb życia.
Przez Bootcamp rozumiem w szczególności "kurs":
- interdyscyplinarny - czyli, wszystko podane niejako naraz, co po ukończeniu kursu będzie umożliwiało od razu "wysłanie rekrutki na front"
- intensywny
- w każdej chwili możliwy do przerwania przez rekrutkę - musi mieć tego ciągłą świadomość
- od zera - uwzględnienie w procesie, że prawie wszystkie terminy i pojęcia są dla rekrutki tzw. "czarną magią", tudzież języki chiński