Archiwum: Listopad 2010

Trudne początki

piątek, 05.11.2010

Minął miesiąc i parę dni. Był to okres wytężonej pracy, porażek i sukcesów.

Codziennie trzeba było przyjąć taką wiedzę, że trudno sobie wyobrażać czasem jak człowiek może rozszerzyć swoje możliwości pochłaniania informacji i analizowania ich w locie. Czasem mózg się przegrzewał.

Weekendy okazywały się najgorsze. Samodzielna praca, jest dużo trudniejsza kiedy pewne rzeczy nie przychodzą prosto, a wręcz uparcie oddalają się odpowiedzi na wydawało się proste pytania. Wgłębianie się zupełnie obcy system, czasem po prostu milimetr po milimetrze okazywał się często tak szorstkim i dołującym doznaniem, że siły do „walki” wracały dopiero z nastaniem drugiej części niedzieli. Czasem jeszcze weekend okraszony był próbami zapoznania się z Pythonem, którego to języka szefo oczekiwał, że dość szybko się nauczę.

Ostatni, długi weekend,  z takich czy innych powodów okazał się owocny głównie w świdrujące myśli:

„Ja się do tego nie nadaję. Jestem za wolny. Za wolno kojarzę. Popełniam za dużo głupich błędów. ”

Pikowanie w dół 1 listopada zostało zakończone następnego dnia rano. To był przykry poranek. Nie byłem w stanie nic wziąć do ust, wiedziałem że muszę jeszcze przed pracą zakomunikować swoje postanowienie szefowi. Myśli o porażce miażdżyły także moje ogólne poczucie własnej wartości, a nie tylko wartości jako programista.

Wszedłem do biura. Szef zapytał się co się stało i z czym przyszedłem. Ja przez chwilkę stałem, nie wiedząc jak zacząć. Po chwil odezwałem się łamiącym się głosem:

„Ja się do tego nie nadaję… Pracuję za wolno… Szkoda na mnie czasu… Głupio mi brać pieniądze, kiedy nie widać efektów mojej pracy”

Wiem, że wyglądałem wtedy żałośnie. Gdzieś w oku kręciła się łza. Czułem porażkę, czułem, że zaraz wyjdę i już pewnie nie wrócę do programowania, a stanie się to jedynie moim hobby.

Nie wnikając w szczegóły dalszej części tej rozmowy powiem, że wyszedłem z pracy dopiero o 16. Zresztą tak jak każdego dnia :).

Dalej staram, się rozwiązywać problemy programistyczne, czasem nawet na siłę, we własnym zakresie. Po tej rozmowie jednak nie przekraczam pewnych granic w tym względzie, bo czasem nawet podzielenie się problemem sprawia, że nad głową zaświeca się kreskówkowa żaróweczka. Teraz jedynym programistą jest dość ciekawy gość z 30-letnim stażem (kolega który mnie prowadził przez miesiąc przeprowadził się do Bydgoszczy), trochę bardziej się interesuje tym co robię (zacząłem raportować pod koniec dnia pracy na email), ale już się nie wychylę do komputera obok się z zapytaniem „masz chwilkę”, bo on akurat raczej większość pracy programuje poza firmą.

Cieszę się, że programuje. Nie liczy się rodzaj umowy i kasa, ważne że człowiek podejmuje wyzwania każdego dnia.

Jedno co bym chciał zmienić to podejście do większych czy też bardziej skomplikowanych problemów programistycznych z podejścia

„To mnie przerasta ;(…”,

na

„Ale będzie jazda! ;)”

A słowo problemy przechrzcić na puzzle.